Ile Amerykanie wiedzą o świecie

Wiele stereotypów na temat Amerykanów to kompletne bzdury. Nie wszyscy są grubi, nie wszyscy lubią fast foody i nie wszyscy mają dwie lewe ręce. Ale jest jesten stereotyp, ktory okazuje się prawdą.

 

Most Brukliński

Ten stereotyp to jednak prawda

 

Nie raz słyszałam, że Amerykanie nie mają pojęcia o tym, co dzieje sie poza Stanami Zjednoczonymi. Nie orientują się w mapie Europy, nie odróżniają Austrii od Australii i nie potrafią pokazać, które to Niemcy, a które Węgry. Nie chciało mi się w to wierzyć, więc sprawdziłam. No i sie zdziwiłam. To jednak prawda… Przeciętny mieszkaniec USA nie wie za dużo o tym co w Europie, jej bieżących problemach i ma problem z mapą Starego Kontynentu.

Co wie przeciętny Amerykanin

 

Skąd moje wnioski? Z pierwszej ręki. Żeby nie było, że zmyślam i snuję jakieś teorie, to po prostu podpytałam sąsiada. Nie, nie poszłam do niego z ankietą. Temat sam się napatoczył, kiedy próbowałam mu wyjaśnić skąd jestem i dlaczego nie mówię po rosyjsku. Mój sąsiad to typowy Amerykanin z klasy średniej, prowadzący mały biznes, nie interesujący się polityką. Zajmuje się głównie swoim codziennym życiem i spłatą kredytu hipotecznego.

Przeciętny Amerykanin co prawda, dość dobrze orientuje się co słychać w Wielkiej Brytanii, a konkretnie na dworze królewskim, szczególnie od kiedy jest tam amerykańska ksieżniczka. Francję i Niemcy kojarzy (II wojna światowa), o Polsce też coś tam słyszał (jego sąsiad jest w 1/8 Polakiem). Inaczej sprawa ma się jeśli chodzi o wiedzę na temat Białorusi, Ukrainy czy naszych południowych sąsiadów. Mój rozmówca nie miał bladego pojęcia, że istnieje państwo Łukaszenki, Ukrainę ma za krainę wiecznej zimy, gdzie kobiety chodzą w chustkach na głowie i fartuchach – coś jak nasze babcie 30 lat temu. Dla niego istnieją Niemcy, Rosja a gdzieś w tej okolicy Polska i Czechosłowacja. Przypominanie, że taki państwowy twór od dwudziestu kilku lat nie istnieje, podobnie jak Jugosławia, jest bezcelowe, krew w piach.

Historia ostatnich 30 lat w Europie to dla niego wielka niewiadoma, podobnie jak różnice pomiędzy ustrojem USA, a sposobami sprawowania władzy w krajach Europy. Nie wie i to go nie interesuje. Tym bardziej polityka i Brexit. Ma za to świadomość, że Europa boryka się z nielegalną imigracją, bo z tym walczy obecny prezydent USA. Mój rozmówca słyszał o Paryżu, Rzymie, Atenach, ale otwarcie mówi, że nie ma pojęcia, gdzie pokazać je na mapie. Nie wskaże, które to Niemcy, Hiszpania albo Grecja.

Taki obraz świata ma przeciętny, losowo wybrany do rozmowy Amerykanin z pracującej klasy średniej. Mapa Europy to dla niego czarna magia.

Dolny Manhattan

Interesujemy się tym, co nas otacza

 

Jak już pośmialiśmy się z niewiedzy Amerykanów, to teraz odwróćmy sytuację.

Z Los Angeles na Słowację jest około 9 tys km. To mniej więcej tyle co z Polski do Kambodży. To teraz bez zaglądania w Wikipedię, kto powie jaki ustrój polityczny panuje w Kambodży? Kto tam teraz rządzi? Ja nie mam pojęcia. A przecież z Polski do tego kraju jest bliżej niż z USA do Wschodniej Europy.

Dla Amerykanów kraje Europy i ich problemy są tak odległe jak dla nas konflikty na krańcach Azji. Zajmujemy się tym co nas otacza i co ma wpływ na nasze życie. Europa jest stosunkowo małą powierzchnią, z otwartymi granicami. Wszelkie niebezpieczeństwa, zagrożenia u naszych sąsiadów, mogą w mgnieniu oka przenieść się do naszego kraju. Dlatego śledzimy, co dzieje się za rogiem, tym bardziej, że jesteśmy częścią UE. Zachowujemy się tam samo jak Amerykanie. Oni też interesują się tym, co się dzieje w ich najbliższym sąsiedztwie, w stanie, kraju, a że terytorium ogromne, to nie mają czasu zaprzątać sobie głowy jakimiś odległymi zakamarkami świata. No bo do czego im to potrzebne? No chyba, że mówimy o Rosji albo Korei Północnej, bo te straszaki zmuszają niektórych do zerknięcia na mapę i w Google.

 

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, proszę o udostępnienie. Dziękuję!


  • Oczywiście, że nie mamy co zadzierać nosa. Zawsze są rejony wiedzy niedostępne dla przeciętnego Kowalskiego czy Smith’a.

    Kilkanaście lat temu pracowałem w Ameryce i nigdy przed tem jak i potem, nic tak mnie nie zaskoczyło jak jedna sytuacja.
    Byłem ice-cream man’em – po naszemu lodziarzem. Operowałem w biednych, socjalnych dzielnicach. Pewnego dnia zaplątałem się całkiem przypadkowo na bogatą dzielnicę, gdzie mieszkali lekarze, prawnicy, urzędnicy etc. Stanowiłem tam rodzaj egzotyki. I to nie tylko dlatego, że po takich dzielnicach, lodziarki nie jeżdżą – po prostu większość mieszkańców to było osoby czarnoskóre. Zatrzymuje mnie grupka kilku rodzin ot tak dla zabawy, ale i z ciekawości. No i oczywiście: co tu robię, skąd jest moja firma, a w ogóle to skąd pochodzę, bo tak śmiesznie mówię. Ja na to, że jestem studentem z Polski. „I tak nie wiesz gdzie to jest”- myślę sobie w duchu. A tu nagle, jeden z grupki woła do mnie w zachwycie -” Moim ukochanym kompozytorem jest Chopin!” Nie powiem, kopara mi opadła i trwa tak do dzisiaj. Takiej dumy jak wówczas juz chyba nigdy w sercu nie poczuję.
    Taka opowiastka by nie oceniać ludzi zbyt szybko i zbyt pochopnie. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *