Pierwsze chwile na emigracji w Stanach

13 sierpnia minęło 5 lat od mojej przeprowadzki do USA. Nie planowałam tu być tak długo. Właściwie to niczego nie planowałam.

 

O tym jak znalazłam się w USA poczytasz tu: Jak zaczęła się moja emigracja do USA. Dziś będzie trochę wspomnień z moich pierwszych chwil w Stanach. Dokładnie pierwszych godzin zaraz po przylocie.

 

usa domy

 

Twarde lądowanie

 

Nie będę Cię czarować – to co zobaczyłam w Stanach Zjednoczonych tuż po wyjściu z samolotu w niczym nie przypominało mi scenerii z filmów i seriali. Wręcz przeciwnie. Wydawało mi się, że na ekranie nikt nie pokazał prawdziwej Ameryki, tylko jakieś stereotypowe, schematyczne obrazy. A może to ja się naoglądałam nie tego co trzeba – za dużo Desperate Housewives i podobnych, przekoloryzowanych produkcji, a za mało dokumentów z życia średniej klasy na przedmieściach. I tak, ku mojemu zdziwieniu, zamiast drapaczy chmur, zobaczyłam niekończące się pola kukurydzy. Z prawej, z lewej i dookoła. Pomiędzy nimi, od czasu do czasu ni z tego, ni z owego wyrastało osiedle szeregówek. Zaraz obok dojrzewających kolb. Takie pomieszanie z poplątaniem – ani to wioska, ani to miasto. A przynajmniej nie takie jakie do tej poty widywałam. I wszędzie, wszędzie ta kukurydza. Czy ci ludzie żywią się samą kukurydzą? Gdy kończyło się pole kukurydzy, zaczynały się lasy. To znaczy, na moje oko, to raczej zdziczałe busze z wijącymi się dziwnymi bluszczami. A w nich mnóstwo saren. Zaraz przy drogach szybkiego ruchu. O ekranach akustycznych albo innych zabezpieczeniach chyba nikt tu nie słyszał. Efekt? Znaki ostrzegające o dzikich zwierzętach co kilka mil. W całym swoim 26-letnim życiu na wsi nie widziałam tylu saren co przez pierwszy miesiąc w Stanach. Już się przyzwyczaiłam, że mogę je spotkać pijąc kawę w ogródku i zakupach pod marketem, a po nocy trzeba wyjątkowo uważać na drodze. Ale bije się w pierś – mój błąd, wyszło tu moje nieprzygotowanie. Jakoś wyobrażałam sobie, że cała Ameryka wygląda tak jak najczęściej filmowane przedmieścia Los Angeles. W głowie nie zapaliło mi się odpowiednie światełko i zapomniałam, że przecież mieszkać będę w lesistej Pensylwanii, a nie w słonecznej Kalifornii. I właśnie dlatego powinnam zmienić oczekiwania. Albo oglądać więcej filmów kręconych na przedmieściach Filadelfii. Tylko jakie? Poza Rockim, bo to za dużo trzaskania się po twarzy jak dla mnie. Znasz jakieś?

 

Zaskoczyli mnie też sami ludzie. Zamiast idealnie wystylizowanych i umalowanych kobiet w stylu Evy Longorii i jej koleżanek, po sklepach chodziły panie w dresach i legginsach, bez grama makijażu. W weekendy dresy zamieniały na noszone cały dzień piżamy. Żeby nie było ze tylko kobiety- mężczyźni mają podobne stylówki. Poza legginsami.

 

usa flagi

 

Jak Eskimosi w zimnie

 

Na pierwsze godziny w Stanach miałam zaplanowane dość przyziemne atrakcje. Podróż z lotniska i szybkie zakupy, chociażby szczoteczki do zębów. Supermarket zahaczyłam już w drodze z samolotu do tymczasowego lokum, jeszcze z walizką w bagażniku. Z tym całym moim 23 kg dobytkiem. To był sierpień. Dokładnie 13 sierpień. Jak każda ważna data w moim życiu wypadało 13-go. Urodziłam się też 13-go, tak więc nie mogę być przesądna, bo inaczej nie wychyliłabym nosa z domu. Amerykański sierpień, tuż po wyjściu z lotniska przywitał mnie upałem i wilgocią. Tak na moje odczucie musiało być z 30 stopni. Celcjusza, bo Farenhaitów wtedy jeszcze w ogóle nie rozumiałam. A tak właściwie to do tej pory czasem przeliczam te ich wymysły na nasze poczciwe Celcjusze. Tak wiesz, dla pewności czy brać sweter czy starczy koszulka. No i tak sobie wysiadam z tego samochodu i maszeruje ku bramom sklepu. Gorąco niemiłosierne. Dobrze, że ja w krótkim rękawku. Ha przygotowałam się jednak trochę i sprawdziłam prognozę pogody po przylocie. I tak sobie zadowolona maszeruję do otwierających się drzwi. I tu szok. Coś czego się nie spodziewałam. Zawiewa mnie fala zimnego powietrza. Dostaję gęsiej skórki widocznej z 2 metrów. Co jest? Co tu tak zimno? Pewnie koło drzwi ustawili klimę na niską temperaturę, bo za bardzo ciepło wpada. Trzeba iść dalej. To idę. I żadnej różnicy. Jak było zimno. tak jest. Z wyjątkiem okolicy lodówek i półek z warzywami. Tam to mnie trzęsło. Co tu tak zimno? Może chora będę, bo widzę, że tylko jak się zwijam i rozgrzewam ręce. Nie byłam chora. Po prostu nie przyzwyczajona do tego, że Amerykanie kochają klimatyzację i w domach, biurach i restauracjach ustawiają na barbarzyńsko niskie dla mnie temperatury. A zimą, dla odmiany mają w domach jak w piecu, tak by chodzić w spodenkach i koszulce na ramiączkach. Po 5 latach już przywykłam albo organizm mi się przestawił. Ale zanim to się stało, do sklepów zabierałam ze sobą bluzy. Tak, w lecie, przy panującym upale 30 stopni. Tak, wyglądałam komicznie. Ale nie marzłam.

 

I tak w skrócie wyglądały moje pierwsze chwile w Stanach. Te kilka godzin w drodze z lotniska do tymczasowego lokum – mieszkania przyszłych teściów. Konkretnie ich salonu i kanapy. A o tym co było dalej jeszcze na pewno napiszę.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *